SÜPHAN DAǦI



Pierwszym celem wyjazdu jest zdobycie Süphan Daǧι (mapa). Jest to wygasły wulkan leżący nieopodal północnego wybrzeża jeziora Van. Miejscowi różnie wymawiają nazwę góry: Suba, Supan bądź Supan Da; napewno zaś nie mówią: Syfan Dadżi, czy Sufan Dadżi. Szczyt ten ma 4058 metrów. Choć niektóre źródła podają (błędnie) 4443 m. Tafla wody jeziora Van to wysokość 1646 m.

Oficjalnie zdobycie szczytu wymaga zdobycia zezwolenia. Na posterunku żandarmeri w Adilcevaz spotyka mnie niemiła niespodzianka. Aby dostać zezwolenie muszę mieć zgodę od miejscowych władz samorządowych. Na szczęście nie jest tam daleko. Na poczekanie dostaję czaj - smaczną herbatę w małej szklaneczce. Prowadzą mnie do urzędnika. Spore biurko, na ścianie duży portret, a na nim Atatürk. Po wyłuszczeniu problemu zostaję skierowany do innego urzędnika, znowu czaj, biurko (większe) i portret. Potem do następnego, znowu czaj, biurko i portret. W końcu trafiam chyba do najważniejszego, bo trudno wyobrazić sobie większe biurko i większy portret. Tu kolejne rozczarowanie. Nie mogę dostać zezwolenia. Mętnie coś tłumaczy, że jakby mi się coś stało to cało miasto by musiało za to odpowiadać. Poleca wspaniałe zabytki w Ahlat. Ja uprzejmie dziękuję za tą wspaniałą propozycję. Żegnam się i bez zezwolenia maszeruję na północ do wioski Hermantepe u stóp Süphan Daǧι.

Niestety wmiędzyczasie nie jedzie żaden dolmus i po trzech godzinach docieram pieszo do wioski. U jej wrót witają mnie dwaj żandarmi i proszą o pokazanie zezwolenia :-(. Udaję że nie bardzo rozumiem o co chodzi. Oni coś tam na migi, ja coś na migi; GuluGuluGul, EsztePeszteBudapeszte, PijoszKefiroszJiZdychosz. Nie chcą popuścić. Pokazuję paszport z wizą turecką. Na szczęście tuż obok mam wbitą pieczątkę z Gibraltaru (pozostałoś po ubiegłorocznym wyjeździe). Jest duża i ładna. Gdy patrzą na nią miny im się radośnie zaokrąglają. Oddają paszport i pokazują żeby iść dalej. No to idę :-).

W Hermantepe widać że dzieci uczą się angielskiego.
What's your name?
Where are you from?
Give me ten euros!
Give me somethink. Please!

Nieczuły na ich prośby nabieram wodę i wychodzę poza wioskę na pola uprawne (już po żniwach). Naiwne dzieciaki długo mi towarzyszą. Nic nie dostają. Nie wspieram żebrania (nie lubię konkurencji). Trzy kilometry za wioską dochodzę do opuszczonego kombajnu. Świetne miejsce na nocleg. Będę miał sufit dla mojej płachty biwakowej.

W nocy widać błyskawice w okolicach szczytu ale do mnie dociera tylko porywisty wiatr. Rano wyruszam w stronę wierzchołka. Zabieram ze sobą 8 litrów wody. Pod koniec lata trudno liczyć na jakieś źródełka. Podnóża masywu są wprawdzie porozcinane głębokimi wąwozami, którymi po obfitych opadach i na wiosnę gdy topnieje śnieg, spływają duże ilości wody. Teraz jednak jest tam zupełnie sucho. W paru miejscach widzę zagrody (kwadrat utworzony przez kamienny murek), znak że w pewnych porach roku bywa tu bardziej wilgotno. Rześki poranek szybko zamienia się w upalny dzień. Krajobraz suchy i kamienisty. Za to widoki coraz rozleglejsze. Spotykam dwójkę schodzących turystów (jedynych ludzi na górze). Okazuje się że to Polacy z Warszawy.

Po przekroczeniu 3000 m zaczynam odczuwać działanie wysokości. Zażycie polopiryny pomaga, ale ja już się na wszelki wypadek nie spieszę. Nocuję na wypłaszczeniu pokrytym mnóstwem kamieni i głazów o rozmaitej wielkości (3511 m 38° 54′ 36,2″ N 042° 48′ 53,5″ E). W nocy pada słaby deszcz, a nad ranem zmienia się on w śnieg. Spada go jednak na tyle mało że wraz ze wschodem słońca szybko znika. Idę w górę. Widać parę małych płatów śniegu pochowanych w najbardziej zacisznych zagłębieniach. Skały i kamienie zostają zastąpione przez... piasek. Miejscami układa się on nawet w małe wydmy.

Docieram do krawędzi krateru. Widok na tyle szeroki że nie jestem go w stanie objąć nawet szerokokątnym obiektywem "rybie oko". Wprost na północ, na środku krateru wznosi się masyw w którego północnej części znajduje się najwyższy wierzchołek (4058 m). Niestety aby dostać się na niego z miejsca w którym ja się znajduję trzeba by zejść na dno krateru, przedrzeć się przez płaty wiecznego śniegu na jego dnie i rozpłakać się przed stromą (i chyba kruchą) ścianą skalną. Ta opcja odpada. Można pójść na północny-wschód, zejść do dna krateru, przedrzeć się przez płaty zlodowaciałego śniegu i zobaczyć jak się sprawy mają od wschodu, bądź północnego-wschodu. Zajmie to (wraz z powrotem) dodatkowy dzień. Można też pójść na północny-zachód, mniej więcej wzdłuż krawędzi krateru i wejść na jego najwyższy punkt. Po powrocie do Polski dowiedziałem się że była to najlepsza opcja, względnie łagodna przełęcz łączy go z centralnym masywem. W zachodniej części krateru miał też znajdować się bezodpływowy staw (najczęściej zamarznięty), a obok czasami wypasa się owce (uwaga, psy!).

Niestety niebo się chmurzy i zaczyna zbierać się na burzę. Decyduję się schodzić w dół tą samą trasą którą przyszedłem. Wchodzę jeszcze tylko na najwyższe w pobliżu wzniesienie na krawędzi krateru. Szkoda że pogoda się psuje, tym bardziej że osiągam wysokość 3956 m, tak niewiele brakuje do 4000 m. Udaje mi się zejść tego samego dnia. Burza dopada mnie już po zmroku na asfalcie do Adilcevaz. Zachodni wierzchołek jest o tyle ciekawy że często bierze się go za najwyższy dla masywu Süphan Daǧι. Różnica w wysokości jest ponoć minimalna. Do pomyłki doszło również podczas pierwszej polskiej próby jego zdobycia. Na zachodnim wierzchołku stanęli 9 VII 1967 roku M. Fijałkowski, T. Janiszewski, M. Popko, T. Werner i K. Witeska. Główny wierzchołek 22 VII 1969 roku zdobyli M. Witkiewiczowa, J. Bachleda-Curuś, J. Langer i T. Pawłowski (podaję za Taternik 1968 nr 4 s. 180 i 1970 nr 1 s. 14).

=> NEMRUT DAǦI

⇑ Powrót na początek strony ⇑
© BS, 2007-2016, turcja.suder.cc